czwartek, 25 kwietnia 2013

koszmarny weekend z ogonem

Znowu bijemy rekordy. Niestety wcale nie mamy się czym pochwalić.
W weekend byłam na ważnym szkoleniu w Synapsisie, a moje dziecko w domu atakowało raz za razem. Atakowało i spało. Nie pomagały wlewki - jak tylko wlewka przestawała działać, za jakiś czas był kolejny atak. Oczywiście zero jedzenia, ledwo ledwo co udało się wcisnąć trochę picia. Przerwa w tyciu połączona z ekspresowym odchudzaniem.
Z soboty na niedzielę prawie nie spałam bo bałam się zamknąć oko. Naliczyłam 5 ataków, dużo słabszych od tych dziennych ale jednak. W niedzielę jeszcze dwa potężne oraz malownicza trzęsiawka - odchudzania ciąg dalszy.
W poniedziałek rano kolejny i dziecko nie nadawało się do szkoły. Ostatecznie był to ostatni atak ale do szkoły poszła w środę (bo odsypiała) i cały dzień przespała. Czyli policzmy - spała od soboty do środy po południu kiedy to co prawda zaczęła się uśmiechać ale do końca oczu nie mogła otworzyć.

Odkąd mamy nową lekarkę podaję wlewki. Do tej pory tego nie robiłam, ponieważ jedna mądra profesorska głowa powiedziała mi kiedyś, że nasze dziewczyny są tak delikatne i wiotkie, że wlewką można je niechcący zwiotczyć na amen. Ale nowa lekarka wyłożyła mi dawki na kilogram i takie tam i stwierdziła, że niebezpieczeństwa w żaden sposób nie ma.
A ja to niebezpieczeństwo niestety widzę! I swoim sposobem nagrałam je na telefon i przy kolejnej wizycie będę dyskutować. Mianowicie chodzi mi o to, że po wlewce Mała nie ma siły oddychać. Dosłownie tak bym to nazwała. Nie ma siły wciągnąć powietrza, wygląda to (i brzmi) tak, jakby miała opuchniętą krtań albo jakby robiła śniętą rybę. Walkę o każdy wdech widać gołym okiem - normalnie klatka piersiowa aż tak się nie porusza, można sobie sprawdzić na sobie. A ja siedzę, patrzę na nią i co chwilę odruchowo wciągam głęboko powietrze tak jakby to mnie go brakowało.
Jestem też w stanie powiedzieć, kiedy wlewka przestaje działać - dziecko przechodzi w spokojny sen, wreszcie bez wysiłku.

Jeden wielki koszmar. Ataki, wlewki srewki, patrzenie czy dziecko oddycha, strach, że ja zasnę a ona umrze. W niedzielę była ładna pogoda, widziałam jak rówieśnice Małej wylewają się na Pola Mokotowskie na rolkach, rowerach, na szpilkach w krótkich kieckach. A ona leżała w domu nie wiedząc czy w ogóle żyje. Matka się szkoli jak diagnozować inne dzieciaki a dziecko zostawione samopas. Z drugiej strony całkowita bezsilność - nie mogę kompletnie nic zrobić, nawet kiedy jestem przy niej.
Zamiast być lepiej - w końcu mamy wprowadzony nowy lek! - jest coraz gorzej. Przestaję to wszystko rozumieć.

5 komentarzy :

  1. to ja czegoś tu nie rozumiem...miało być lepiej, wlewki miały łagodzić a jest jak jest?
    Jasny gwint!
    Szkoda Małej, szkoda Was w tym wszystkim, a serce boli okrutnie:(
    Przytulam:*

    OdpowiedzUsuń
  2. I co ja mam napisac? Napisac, jestem z Toba i Corka, to malo...Ale jestem i pamietam.
    Nie ma na to jakiegos porzadnego leku?
    Serdecznosci
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję Wam obu bardzo i życzę żeby to cholerstwo minęło.
    Jest szansa, że za jakiś czas organizm nasyci się nowym lekiem i ilość ataków się zmniejszy? (zastanawiam się czy to nie tak jak z innymi lekami, które dopiero po dłuższym czasie dają widoczne efekty)
    I to świetnie, że się uczysz. Nie rób sobie wyrzutów :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak ja nie znoszę takiej bezsiły:( Nie tyle Twojej, co medycznej...noż tyle już lat walczysz o lepsze jutro dla Agi i ciągle trafiają się "takie" weekendy;/ Co do patrzenia na rówieśników Młodej, to mam tak od lat wielu:( boli ciągle tak samo...

    OdpowiedzUsuń
  5. Wielki dramat, jej i Twój. Ciężko i mi na sercu, że w żaden sposób pomóc nie mogę. Oby było lepiej! Bo co więcej mogę napisać... ? :(

    OdpowiedzUsuń