poniedziałek, 21 września 2015

jeden wielki absurd

Niby jest tak, że o złych doświadczeniach łatwiej jest pisać niż o dobrych a ja znowu jakoś nie mogłam się do tego zabrać. Tak, kolejny raz będę jojczyć, więc jak ktoś ma dosyć (a bym się nie zdziwiła) to niech sobie daruje czytanie.
To może zacznę jednak od dobrego - jestem po operacji, jestem z niej zadowolona, dzisiaj idę zdjąć szwy. I tu dobre wiadomości się kończą.

Tyle czasu (lat?) martwiłam się organizacją tego przedsięwzięcia, bo co z Młodą, z jej dźwiganiem, jak tu znaleźć kogoś do pomocy w środku dnia itd. Posłuchałam jednak pewnej bardzo mądrej kobiety, którą mam szczęście nazywać swoją przyjaciółką i pozwoliłam, żeby jakoś to było. Bo jakoś będzie skoro musi nie? Przyjaciółka jak zwykle ratuje mi dupę biorąc na siebie właściwie cały ciężar opieki nad Młodą w tych pierwszych dwóch tygodniach po. W życiu jej się nie odwdzięczę.
Potem nagle znajduje się stary znajomy, który dzikim fartem pracuje jeszcze jak biały człowiek i zgadza się codziennie o tej 16.00 z minutami wtargać mi Młodą na górę i położyć na kanapę. Cud!
Wszystko więc ustalone, zaklepane, faktycznie - jakoś to będzie.

Z tym, że uwierzyć w to może jedynie ten kto nie zna rettmonstera oraz głupia, naiwna matka zagoniona w kozi róg. Bo recisko ma swój własny plan, którego głównym celem jest udowodnić, że nigdy i w żadnym razie nie będzie tak jak sobie wyobrażamy, że będzie. 
Już podczas mojego nawet tak krótkiego pobytu w szpitalu (trzy doby) nie udało się utrzymać prostego planu - Ojciec do pracy, Młoda do szkoły a po szkole nieoceniona ciocia Kinia do powrotu Ojca. Otóż jak nigdy dotąd Młoda zaczęła atakować od godziny 22.00. Taka pora to dla nas absolutna nowość. Kolejny atak był o północy, do 3 trzęsiawka aż Ojciec zdecydował, że dość tego, trzeba podać wlewkę. Bawili się niemal do rana i jak nie trudno się domyśleć żadne z nich nie poszło rano do swoich obowiązków. 
To tak żebyśmy sobie nie myśleli, że nowy lek działa c'nie? 
Ale nie zapeszajmy, wtedy jeszcze nie była wprowadzona pełna dawka, więc wciąż jest nadzieja.

Po moim powrocie natomiast zaczęły się nasze ulubione bóle brzucha... Czy coś. Bo przecież nie wiem co. Stawiam na brzuch i na dawno nieobecną miesiączkę bo wszystko inne wykluczyłam metodą prób i błędów. Cały weekend przecierpiany. A dziś już dzwonili ze szkoły...
No i nie wiem co teraz. Chora nie jest, w nocy spała spokojnie ale w dzień zaczyna się jazda, więc wypadałoby ją zostawić w domu. Ja sobie sama nie poradzę, bo choć umiem zacisnąć zęby to jednak mam trochę oleju w głowie i wiem, że chojrakowaniem to ja mogę jedynie pogorszyć sprawę. 
Wychodzi więc na to, że Ojciec jednak musi iść na zwolnienie. I modlić się, żeby się prezes nie wk***ił.

A ja... 
No cóż, powiem tak - rzemieślnictwo w polskiej medycynie stoi na coraz wyższym poziomie. Jak porównuję sobie tę robótkę z moim jedynym doświadczeniem operacyjnym sprzed 17 lat czyli cesarskim cięciem to widzę ogromną różnicę. Szłam do szpitala z mocnym postanowieniem, że nie dam się ukłuć w plecy, w sensie znieczulić podpajęczynówkowo, bo nie chcę znowu być świadoma tego co tam będą ze mną robić. Poproszę o zgaszenie światła i w nosie. Jednak przyszedł do mnie taki pan anestezjolog na wywiad, który lubił gadać a na dodatek tryskał dowcipem, a ja uwielbiam takich ludzi, i tak mnie przerobił, że się zgodziłam na to zewnątrzoponowe. Nie to żebym uległa jego urokowi osobistemu ale argumenty miał mocne, a jeszcze jak mi udzielił taka oto instrukcję:
- Dostanie pani rano taką tabletkę, którą pani skitra, nie połyka! Dopiero jak się zaczną przy pani kręcić żeby zabrać na salę to ją pani rozgryzie ale nie połyka. Ona się wchłonie przez śluzówkę. Smak będzie taki... jak to się teraz elegancko mówi - bitter.
- A co to za tabletka panie doktorze?
- Tabletka gwałtu.
- Acha.

Tak też zrobiłam. Śmichy chichy ale pan doktor wytłumaczył mi, że ta tabletka mnie zamuli i nie będę się denerwować, taki jest jej cel. Gdybym ją wzięła jak kazała pielęgniarka o 7.30 to do 11 kiedy zostałam zabrana już bym ją pewnie odespała, a tak... Bitter się przydał jak znalazł, było mi dokładnie wszystko jedno gdzie mnie ukłują i co rozetną.

Na sali było super, dużo zieleni i miłych osób. W sumie nuda więc się zdrzemnęłam.

A potem to już niestety jazda, skończyły się wakacje. Produkt został naprawiony, zadanie wykonane a teraz niech se radzi sam. 
Spędziłam urocze 24 godziny na sali pooperacyjnej z różnymi rurkami w różnych miejscach i cyklicznie samopompującym się rękawem do mierzenia ciśnienia. Bajer. Opieka była... solidna. Bez zbędnych uśmiechów czy grzeczności ale fachowo. Aż do rana. Rano przyszła nowa zmiana a wraz z nią kobieta, która albo minęła się z powołaniem albo jest tempą torbą ze skaju albo psychopatką, która nie ma zdolności współodczuwania. Nie jestem w stanie tego rozstrzygnąć. 
Czerwona lampka zapaliła mi się kiedy przywieziono starszą panią tuż po operacji. Pewnie jeszcze nie bardzo kumata po znieczuleniu wjechawszy na łóżku na salę podniosła siwiuteńką głowę chcąc się zorientować gdzie jest. Na to nasz mistrz elegancji zakrzyknął - "nie bądź taka ciekawska i nie podnoś głowy bo cię będzie bolała. Ciekawskość kosztuje ból głowy!"
Myślę sobie - prosta baba, zero szacunku i do człowieka i do wieku.
Potem było tylko lepiej.

Nadszedł czas opuścić ten las i udać się na tzw. swoją salę. Piguła podjeżdża wózkiem inwalidzkim do mojej sąsiadki, młodej 22-letniej dziewczyny z operowanym brzuchem i rzecze: no to spuszczamy nogi z łóżka i wstajemy! I...czeka. Żadnej słownej instrukcji jaką ja pamiętam i sprzed 17 lat i sprzed bodajże dwóch, kiedy Ojciec był operowany, a nawet sprzed kilku miesięcy kiedy operowano moją mamę - połóż się na krawędzi łóżka na boku, powoli spuszczaj nogi z łóżka i podpieraj się jedną ręką a ja cię pociągnę za drugą. Nic. Po prostu stała i czekała. Dziewczyna zaczęła się gramolić na tym łóżku, płakać i lamentować, że nie da rady, że bardzo ją boli. "Nikt tu nad tobą nie będzie się rozczulał, siadaj bo ja czekam". Ta płacze i usiłuje się zwlec a ta stoi i obserwuje.
Wreszcie nie wytrzymuję i mówię: 
- No niechże pani jej poda tą rękę!
- Pani mi nie mówi co mam robić! 
I stoi dalej.
A ja myślę - będę następna... I byłam.

Nawet stosując się do instrukcji i z pomocą drugiego człowieka pierwsze pooperacyjne siadanie jest makabryczne. Kto miał cięty brzuch wie co mówię. Natomiast bez pomocy to jest po prostu horror. Próbowałam się zebrać, bo oczywiście piguła zawiozła zapłakaną dziewczynę, wróciła po mnie i nie zamierzała się wysilać, ale słabo mi szło. Tego się nie da zrobić bez bólu, można jedynie go zminimalizować. I cóż, rozryczałam się i ja. W połowie spuszczonych nóg z łóżka mówię wyjąc - żeby tu nawet nie było drabinek! A ta larwa mówi - ależ są! I nie uwierzycie bo to tak absurdalne, że aż śmieszne - dopóki nie powiedziałam "to czemu mi ich nie podasz??" stała i gapiła się dalej.

Nie wiem kim trzeba być, żeby nie podać ręki czy tych cholernych drabinek cierpiącemu człowiekowi. Znacie kogoś takiego w swoim otoczeniu? Ja nie znam. 
A to była pielęgniarka na sali pooperacyjnej! 
Brak mi słów.

Zawiozła mnie wyjącą na tę moją salę, oczywiście była sensacja prawda? Rąbnęła wózkiem w ścianę, bąknęła przepraszam i chciała mnie wziąć pod ramię żeby pomóc mi wstać. Myślę, że tylko dlatego, że była tam jeszcze jedna pielęgniarka. Żachnęłam się i powiedziałam, że potrzebowałam jej pomocy wcześniej, teraz już nie potrzebuję i nie chciałabym jej tutaj więcej oglądać. "Ja pani też" usłyszałam.

Kafka w szpitalu, jak Boga kocham.
Płakałam tam siedząc na swoim już łóżku jeszcze długi czas. Nie dlatego, że mnie bolała rana bo ta przestała niedługo potem. Płakałam bo nie byłam w stanie uwierzyć w to co właśnie przeżyłam. Nie mieści mi się w głowie taka... bezduszność? To chyba za piękne słowo. Po prostu czysty sadyzm i zła wola. Taka świadoma zła wola. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłam.
Bałam się też położyć ale sąsiadka pokazała mi, że mam przy łóżku drabinkę! Matko jak się ucieszyłam! Tutaj, na zwykłej sali już na pewno nikt nie będzie mi pomagał usiąść a z drabinką jestem uratowana. 
Kolejna pielęgniarka jednak zaraz mnie obśmiała - a do czego pani ta drabinka? phi! 
Kurde... gdzie ja jestem? Czy ja naprawdę jestem takim mięczakiem? Czepiam się? Jestem roszczeniowym, marudzącym pacjentem? O to chodzi?
Nie, nie jestem. O nic nie prosiłam, niczego nie chciałam, niczego się nie domagałam. Jestem grzeczna, lubię żartować, nie narzekam. Jestem miłą osobą do cholery! I niech mnie żadne piguły nie próbują wbić w jakieś inne buty bo sobie nie pozwolę.

Wyrzucili mnie w środę po 17.00. W trzeciej dobie po operacji. Przed wyjściem musiałam wywalczyć sobie środek przeciwbólowy. Lekarz zapisał: co 6 godzin lub na żądanie, ale pielęgniarka wie swoje. Nie wiem kto był moim lekarzem prowadzącym ani czy w ogóle takiego miałam. Mój wypis to jedna strona a zalecenia to 4 punkty. Nic o pielęgnacji rany, diecie. Nie dostałam też leków przeciwzakrzepowych.
Byłam w Szpitalu Bielańskim u słynnego profesora Dębskiego. 
Uważam, że największą bolączką polskiej medycyny jest przedmiotowe traktowanie pacjentów. To nie służba zdrowia, to całkiem niezły warsztat naprawczy. Szkoda. 

12 komentarzy :

  1. włos mi się jeży
    naprawdę Ci współczuję

    OdpowiedzUsuń
  2. Współczuję.
    Zaskoczona nie jestem
    I tak miałaś bardzo dużo szczęścia.
    Grunt, że po wszystkim już.

    OdpowiedzUsuń
  3. No muszę się z tobą zgodzić, ja po prawie 40 latach życia spotkałam lekarza bez serca.
    Dzięki Bogu- okulista, ale człowiek, który nienawidzi swojej pracy i pacjentów- dzieci.
    Jak wyszliśmy pogratulowałam mojej 9 letniej Brunetce, że mimo prowokowania zachowała się z klasą i kulturą.
    Powiedziałam to na głos przy całej poczekalni, zabrałam kartę i nie pokażę się tam więcej.
    Czasem tak bywa, że spotyka się ludzi wypalonych- moja praca też wypala, wiem o tym i staram się przeciwdziałać.
    Nie zawsze sie da.
    Dobrze, że po ....
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  4. O! Rany!!! Masakra!!!
    Pocięli mnie przy porodzie Młodszej, spierdzielili sprawę i o mało nie pożegnałam się ze światem, na cito cięli mnie ponownie, więc później było cudownie;)) Ale mucha nie siada, pielęgniary były przesympatyczne, wszystkie, chociaż z różnym zaangażowaniem robiły co mogły (oddały mi swój prywatny wiatrak, żebym z upału nie padła!!!), byłam dość znana, błąd lekarski był jak stąd do Wa-wy;) i pewnie się bali, ze ich do sądu podam, nawet "przepraszam" usłyszałam (nie od ofiary, która mnie źle pocięła, ale od ordynatora!!) i nabrałam przekonania, ze czasy się zmieniły i w szpitalach jest lepiej, jak widać, nie wszędzie:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwię się, że Ci gwiazdki z nieba nie załatwili w tej sytuacji. Dżizas...

      Usuń
  5. O matulu...Moje kondolencje Toć ja tam rodziłam. Rozniosłam ich w drobny pył. Oni mnie tez. W koncu kto to slyszal, by miec baby blues'a oraz by w moim wieku rodzic?? CC mialam, wiec probowaly mnie tez ustawiac. Ot, ja weteran po kilku operacjach, wiec podziekowalam za ich rady, ktore tylko bol przysparzaly. Polozne - z wyjatkiem jednej - do odstrzalu. A nie jestem wymagajaca, chocby przez to swoje weteranstwo, doskonale sobie daje rada sama. Ale to co w tym szpitalu i na gin/patologii i na poloznictwie odchodzi, to wola o pomste.
    W koncu one tam nie po to sa, by byc mile i uczynne dla pacjentek, a po to, by spelniac wymagania szefostwa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki za ten komentarz Kamyku. Znaczy nie jestem popiętroloną hrabianką jednak.
    W moim rodzinnym gronie w zeszłym roku dziewczyna miała tam cesarkę i kazali jej zawołać kogoś z rodziny do podawania dziecka do karmienia.

    Zastanawiałam się czy to możliwe, żeby ta larwa miała na przykład zły dzień. Ale jak się ma zły dzień to można focha strzelić, warczeć ale żeby nie pomóc w tak newralgicznym momencie? C'mon, nie wierzę. Wychodzi mi więc na to, że ta baba taka po prostu jest zawsze, czyli więcej pacjentek musi płakać na jej zmianie (uważam się za twardą sztukę, więc jak ja płakałam to inne też musiały), czyli współpracownicy MUSZĄ wiedzieć, że coś jest nie halo.
    I?
    I nic. Czyli wszyscy mają to w dupie, włącznie z gospodarzem tego przybytku. Inaczej medialny słynny profesor nie pozwoliłby sobie żeby jedna czarna owca psuła opinię całej placówce.

    OdpowiedzUsuń
  7. To wspomniana dziewczyna miała wielkie szczęście. Ja w pierwszej dobie widziałam córcię 2 razy, raz 30 sekund, a potem 20 minut. W drugiej dobie cały czas nie chcieli mi jej dać, to przy pomocy "wieszaka" na kroplówki spełzłam z łóżka i ruszyłam do córki piętro niżej. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale wygrałam :) Inaczej dopiero po skończonych 48h bym dostała córkę.

    Dochtor ma renomę, nazwisko - i Dochtor też potrafi. Na patologii leżałam kilka tygodni, to naoglądałam się nie tylko dramatów, ale i cudów. Operacje serca 5m maluszków w brzuchu.
    Z tego, co zauważyłam, to tam wszystko było robione pod niego. Reszta nie miała znaczenia.

    Myślę, że larwa była po prostu larwą odpowiednio spełniającą wymagania swojej przełożonej i reszta się nie liczyła. Toć przeciętny człowiek ma odruch wyciągania ręki do kogoś, kto się męczy, kogo boli, do tego nie trzeba być pielęgniarką.

    Jak poszperasz, to pod hasłem "rodzic po ludzku" - o Bielańskim nie ma żadnych informacji. Kobiety, które tam idą rodzić (albo sie leczyc), to w większości kobiety potrzebujące dobrej pomocy lekarskiej, dobrego zaplecza. Godzą się na bylejakość w opiece w zamian za poczucie bezpieczeństwa.
    Nie tylko ja tak miałam.
    Więc takie larwy tam były i niestety - będą.

    A Ty nie sprawiasz wrażenia popiętrolonej hrabianki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli tak jak mówię - dobry warsztat naprawczy. I pewnie trochę innowacji bo ja będąc tam jakby przelotem też słyszałam o jakimś reperowaniu tętnicy płodu.

      Na operacyjnej też słyszałam tekst - "teraz przyjdzie profesor bo on takie zabiegi lubi, potem go nie będzie a potem znowu przyjdzie".

      W tej przerwie pewnie gwiazdorzy na górze, w przychodni. Widziałam to na własne oczy w maju :)

      Usuń
  8. Kochane, zawsze można napisać skargę do samego dyrektora szpitala, oddać do rąk własnych. Pielęgniarki teraz zwalniane są na potęgę, myślę że akurat takiej przydałoby się w zwolnienie. Czas, by pomyślała o zmianie branży. Nie wiem, może jakaś rzeźnia? Serio, pisać skargę do dyrekcji. W razie gdyby musiał przesiać personel, lepiej, żeby to ona poleciała niż taka z powołaniem.

    OdpowiedzUsuń
  9. skóra mnie ścierpła wszędzie tam, gdzie zwykle ze strachu i bólu się marszczy!
    Bez p/zakrzepowych?!?!?!?
    Przez moje niespełna 60 letnie życie przeszłam parę dziwnych/strasznych/śmiesznych/komicznych/tragicznych sytuacji około-operacyjnych z niemal chowaniem do grobu, ale to co opisałaś Moa, powaliło mnie na kolana i wyję! Naiwnie myślę ciągle, że ja to mam szczęście pomimo.
    :(
    Przytulam...:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzwoniłam tam już z domu pytać o te p/zakrzepowe. Powiedzieli mi, że takiej młodej (ha!) kobiecie jak ja nie przepisuje się ich standardowo. Wyłącznie jeśli są jakieś wskazania...

      No i tera muszę sobie rozrzedzać krew naturalnymi metodami :))))

      Usuń