Ostatnie dni starego roku. A jakoś nie robi to na mnie wrażenia. Ani nie czynię postanowień ani rachunków. Bo co tu rachować, trzeba się cieszyć, że bilans na plus. Wszyscy żyjemy, jesteśmy ogólnie zdrowi choć pojedyncze jednostki popisują się tym i owym. Na ten przykład Młodzież wciąż się wygłupia z bólami brzucha i atakami ale to już się robi nudne, prawda. Nie ma się czym chwalić.
Matka też może w tym temacie dorzucić coś od siebie, na ten przykład uporczywą, upierdliwą, dołującą przewlekłą i znienawidzoną anemię, która matce nie pozwala normalnie biegać. Się matka sportowo cofnęła do samego początku (7 miesięcy pracy psu w dupę!) i ledwie szura. Ale się nie poddaje i ratuje zielonymi glutami czy tam glonami alebo algami spiruliną zwanymi, co to mają podobno moc żelaza i ma nadzieję, że to żelazo zrobi z matki co najmniej żelazną (żelazową) śmigającą damę.
Ale okazuje się, że jednak jest się też i czym pochwalić, co mnie wprawiło ostatnimi dniami w zdumienie. Bo tak sobie rozmawiamy z innymi rettmamami o tym i owym, głównie o palących akurat problemach i ostatnim takim jest waga. W sensie niedowaga. I to u nas zawsze była jedna z najbardziej dręczących zagwozdek.
Ja cały czas żyję w przekonaniu, że moja panna jest szkieletorem i ma mocną niedowagę a okazuje się, że wcale nie ma takiej tragedii. Albowiem po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się z żalem odłożyć po przymiarce fajny ciuch w sklepie. Za wąska w pupie! Rozmiar - 152.
Joł!
Nie do wiary... Koszulowa elegancka bluzka, którą kupiłam jej na te święta wraz z czarnymi leginsami też trzeszczy w szwach...
Nie znaczy to, że nagle Młoda stała się smakowitą kluską ale znaczy, że matka już nie może sobie tak łapać w przelocie co jej się tam spodoba, musi się zastanowić nad rozmiarem. Do tej pory pewne było, że jeśli wzrost pasuje to i reszta będzie pasować.
Czyli, konkludując, wszystkie moje przedziwne zabiegi mające na celu zwiększenie kaloryczności posiłków zdają egzamin. Młoda waży 30 kilo i jest taka... akuratna, a w każdym razie nie ma wstydu. Jest szczupła ale już nie jest szkieletorem. I chyba póki co zmora dodatkowej dziurki w brzuchu została odsunięta. Dziadunia nie pytałam i w najbliższym czasie nie zamierzam pytać. Se sama wiem:)
Choć jeśli uczciwie potraktować temat to akurat przed świąteczną przerwą w szkolnym zeszycie do korespondencji wypłynął problem ze spożywaniem posiłków. Że niby Młoda nie zjada obiadów i - skracając - że byłoby dobrze żebym podawała do szkoły własne, te które Aga w domu zjada. Temat jest otwarty, na razie nie będę się o nim rozpisywać choć już mam jakieś tam wnioski i przemyślenia.
To co jednak mogę podsumować w mijającym roku to... tadam - kilometry!:) Kilogramy zostawię w świętym spokoju;)
Tickerek z boku mówi, że od czerwca przeleciałam 867 km. Nie mogę w to uwierzyć.
Coś się jednak zupełnie niesamowitego zadziało w tym 2013 roku. Po 20 kilku latach rzuciłam palenie i za chwil kilka zaczęłam biegać. Ja, kanapowa prymuska z koła gospodyń miejskich, z syndromem zajętej prawej ręki - szydełko, igła, ewentualnie druty, drink. Od lat obserwująca wygłupy Ojca, który wieczorami zakładał adidasy i leciał gdzieś by za godzinę wrócić w opłakanym stanie, za to w wyśmienitym humorze. Matko... co cię tak gna i za jakie grzechy ja się pytam?
A teraz ulubioną formą spędzania mojego wolnego czasu jest samotny powrót z różnych stron miasta z buta. Bo że bieganie, takie tam po okolicznych trasach to wiadomo. Ale najfajniej jest, kiedy wybierzemy się gdzieś wszyscy razem na zakupy czy spacer - na Starówkę, do Ikea, gdziekolwiek oby było daleko. Już w domu ubieram się w ciuchy do biegania (teraz jest łatwo, bo na wszystko zakładam zimową kurtkę i udaję głupa;)), w torbę pakuję buty i kurtkę do biegania, czapkę, buffa, MP3 i już po wycieczce czy zakupach, w samochodzie, uzbrajam się na bieg:) Zmieniam buty, zakładam kurtkę, zaplatam warkoczyki pod czapkę, rękawiczki, muzę i zostawiam rodzinę w samochodzie. Przesadzamy Młodą do przodu - ma dziewczyna niezłą frajdę jadąc obok taty i z takimi widokami. Oni jadą do domu a ja rozpoczynam samotny powrót biegiem.
U WIEL BIAM.
Uwielbiam biec ze zmieniającym się krajobrazem:) Mieć jakiś dystans, jakąś drogę do pokonania. Nie znoszę biegać okrążeń, stadionowe bieganie czy okrążanie osiedla - to nie dla mnie.
Okazuje się też, że wszędzie jest blisko. Ze wszystkich znanych mi miejsc do domu jest ok 10 km, czasem odrobinę dalej. Nie ustaję jednak w poszukiwaniach dłuższych tras a póki co mam przed sobą plan treningowy do półmaratonu na wiosnę na który się z fantazją ułańską zapisałam...
Żeby przebiec i nie umrzeć te 21 km z ogryzkiem powinnam zacząć treningi od 6 stycznia. Co na to moja hemoglobina? Zobaczymy.
Napisałam list do Świętego Mikołaja. Że chcę wieszak na medale bo przesz jak będzie wieszak to musowo go zapełnić żeby obciachu nie było. No i dostałam, tylko od razu zareklamowałam bo to męska wersja (ten ludek nie jest kobietą a skoro może być i jest ładniejszy to...;).
Na razie mam tych medali 3 sztuki i czwarty w planach akurat na 4 stycznia:) Mam nadzieję, w 2014 roku dogadamy się, moja hemoglobina i ja, i zapełnimy ten wieszak (w damskiej wersji) ładnymi błyskotkami:)
A w Nowym Roku życzę Wam, byście mieli czas na swoje pasje, rozwijali je, cieszyli się nimi a jeśli ktoś jeszcze pasji nie posiada to... żeby sobie kupił buty do biegania :))



Spiruliną... to ja glonojady karmiłam;))) i dokładnie tak samo wyglądała;PP
OdpowiedzUsuńFajna pasja i wiem, że zrobiłaby mi dobrze na nastrój, ale...nieeeee chceeeeee mi sięęęę...
tradycyjnie już: zdrowia, zdrowia i zdrowia w Nowym Roku!!!
no więc ja się czuję dokładnie jak glonojad ;)
Usuńwszystkiego co najlepsze w Nowym Roku:)))
OdpowiedzUsuńp.s. 13 grudnia definitywnie rzuciłam śmierdziele!
gratuluję i życzę, by tym razem na zawsze:)
Usuńaleś Ciotka nastukała tych kilometrów! Gratulejszyn ;)
OdpowiedzUsuńSzczęśliwego biegowego Nowego roku ;)
Ty się Wujek nie śmiej bo tu nie ma nic do śmiacia:) Się szura jak się potrafi:)
UsuńSzczęśliwego biegowego! :)
Niezła jesteś ;-). Mój mąż 1200 i uważa, że mało..
UsuńJak ty na to znajdujesz czas, bo ja mam wieczną pretensję, że go ciągle nie ma w domu tylko biega.
Co do anemii mam nadzieję, że cię jakoś sprawdzają z czego ta anemia.
To też ważne..
Życzę ci fajnego roku 2014 i sobie też.
Lepszego niż 2013, dla mnie ten był trudny.
Iza
znaczy - oni jadą, a ty za nimi? jak piesek za panem na rowerze ? :)
OdpowiedzUsuńach, gdybym umiała biegać tak szybko to tak, mniej więcej tak by to wyglądało ;)
UsuńSzczęścia i zdrowia w nowym roku :)
OdpowiedzUsuńDziękuję, wzajemnie:)
UsuńDzięki.
UsuńCo u Was? Nie lubię tej ciszy.
Moa - nie zapomnij o B12. :) Szczęśliwego, spokojnego, ZDROWEGO Nowego Roku! :)
OdpowiedzUsuńPamiętam, biorę, dzięki:)
Usuń