Nie pisałam bo za bardzo nie ma o czym a i czas jakoś drastycznie się skurczył. Dzień za dniem leci jak szalony, dni są długie bo od świtu do nocy mam co robić. A jak już usiądę wieczorem i zajrzę w sieć, to mam ochotę jedynie pogapić się tępo w monitor. Tu zajrzę, tam poczytam a jeszcze gdzie indziej się pownerwiam;)
Teraz jeszcze bardziej doceniam i dziękuję Bogu za moją pracę, która jest na miejscu i w 5 minut mogę przemieścić się do lub z. Albowiem niestety zdarza się, że dowóz się spóźnia albo przyjeżdża za wcześnie i zawsze ale to zawsze spóźnia się rano a bywa za wcześnie po południu. Czyli wygląda to tak, że świtem sterczę z Małą i nerwowo buksuję nóżkami bo już 8.00 dochodzi i zaraz muszę zacząć zajęcia a samochodu wciąż nie ma a po robocie lecę na złamanie karku bo już dostałam strzałkę, że nadjeżdżają.
Jednym słowem - tylko dlatego, że mam tę konkretną pracę mogę w ogóle pracować. Gdybym miała jeździć gdzieś do śródmieścia nie dałabym rady.
A co u Ojca pytacie. Ojciec przebarłożył 3 tygodnie na zwolnieniu. Rana się zagoiła, wielkiej afery nie ma, toć to tylko wyrostek. Za to w międzyczasie nabył "zakrzepicy żył głębokich w lewej łydce".
Najpierw chcieli go zostawić w szpitalu, potem przedłużyć zwolnienie ale widać czuje się dobrze bo nie chciał i w poniedziałek wraca do robo. Halleluja.
I tak to w skrócie wygląda.
Mam wrażenie, że moja dieta wzbogacona o cenne wskazówki pani dietetyczki działa znakomicie, bo Mała jakby się zaokrągliła i można nawet tu i tam miękkie ciałko przyszczypnąć. Cieszę się bardzo i trochę się jednak martwię.
W czwartek zrobiłyśmy sobie dzień wspomnień o tych co odeszli. Przyznaję ze wstydem, że pierwszy raz odważyłam się tak naprawdę i bez ogródek, bez zbędnego omijania tematu, krążenia wokół klatki i strachu przed dotknięciem sedna sprawy pogadać z Małą o odejściu Babci i Dziadka. [Do tego właśnie przydała mi się Chustka...] Przy kanapie, w miejscu gdzie Mała przesiaduje powiesiłam zdjęcia i odbyłyśmy szczerą rozmowę. Nie potrafię opisać reakcji Małej na zdjęcia - to jest zestaw przejętych min, zatchnięcia, wyraz oczu - to jest taki emocjonalny zestaw, którego nie widuje się na co dzień, a który nie pozostawia wątpliwości. Potrzebowała tej rozmowy. A ja się bałam. Tyle czasu.
Potem poszłyśmy na cmentarz, razem z Błogosławioną Danutą, spacerkiem choć wiało jak nie przymierzając w kieleckim.
Na naszym cmentarzu powstał Grób Dzieci Utraconych. Nie wiem kto był pomysłodawcą ale ktokolwiek to jest - wielkie dzięki! Wreszcie mam gdzie zapalić światełko.
A później był wspólny obiad, ciastko i kawusia. I jako że zwykle widujecie moje kawusie w wiadrach, tym razem pokażę wykwintne filiżanki. A tak naprawdę to chcę się pochwalić Florentynkami - pysznymi ciasteczkami, które upiekłam pierwszy raz według przepisu White Plate. Mam do nich szczególny sentyment - pochłaniałam je nielegalnie ukradkiem do obłędu i bez opamiętania kiedy pracowałam w Bristolu. Potem na wiele lat musiałam o nich zapomnieć do czasu kiedy odkryłam przepis u Liski i aż podskoczyłam z radości.

Bardzo potrzebne są takie rozmowy, ale jakie trudne!!!
OdpowiedzUsuńJakiż śliczny komplecik (czapka i szalik) ma Aga:) Ciasteczka obrzydliwie zachęcające...i to akurat wtedy, gdy wykluczyłam cukier ze swojej diety!! Foch!
a ja chciałabym takie warkocze...
OdpowiedzUsuńależ ona ma pięknie splecione warkocze!
OdpowiedzUsuńdziękuję:) to nie warkocze, to linki:)
OdpowiedzUsuń:) w takim razie chciałabym takie linki...
OdpowiedzUsuńależ Agnieszka pieknie wygląda w takich kolorach! :)))) że o warkoczach nie wspomnę
OdpowiedzUsuńZgłodniałam... tak mnie z rana atakować pysznościami :)
OdpowiedzUsuńFlorentynki!! A ja tu się odchudzam!!
OdpowiedzUsuń(na święta se upiekę :P)
pzdrv
k.
Uwielbiam kiedy wstawiasz zdjęcia Agnieszki :)
OdpowiedzUsuńPoryczałam się jak opisałaś rozmowę. Trudne są takie tematy.