środa, 10 lipca 2013

piętnastka - wiara, nadzieja i miłość

Aż trudno uwierzyć, że to już 15 lat.
15 lat czystej, bezwarunkowej miłości ale też 15 lat strachu, niepokoju, niepewności, pracy, walki, wzlotów i upadków. Świętowania małych sukcesów i rozpaczy po najmniejszych regresach.
Huśtawka.

Jakbym miała te 15 lat podzielić na jakieś okresy to wyglądałoby to tak:

0 - 7 miesięcy - słodki czas beztroski, czas kiedy nie mieliśmy problemów, cieszyliśmy się śliczną, zdrową   dziewczynką, życie było piękne i stało otworem,

8 - 12 - lekki niepokój, coś jest nie halo, zaczynamy szukać pomocy, dziewczynka jest za leniwa (nie siada   samodzielnie, żadnych kolejnych kroków milowych)  i   potrzebuje kopniaka rozwojowego, więc chodzimy na rehabilitację, wciąż pełni nadziei i optymizmu,

1 - 2 rok - dziewczynka tak daje czadu z płaczem, że wysiadka. Z tego okresu najbardziej pamiętam  traumatyczne pobyty w szpitalu na diagnostyce i szybki regres - po tygodniu takiego szoku szpitalnego dziewczynka przestaje raczkować.

Flash - ona i ja w przedpokoju na przygotowanej ścieżce do raczkowania i jej rozpaczliwy, bezbronny płacz bo nie potrafi, nie może, nie jest w stanie zrobić nawet jednego kroku.... Ja w szoku, nie wiem co się dzieje, nie rozumiem sytuacji kompletnie.

2 - 5 rok - poszukiwania drogi do rozwiązania problemu. Z początku pochłaniam książki, szukam, błądzę, nikt w tych pieprzonych szpitalach nie daje sensownych odpowiedzi, zamiast nich pojawiają się groteskowe zalecenia (proszę jej nie czesać w dwa kucyki bo wygląda jakby miała wodogłowie - autorstwa profesora neurologii, przez litość nie wspomnę nazwiska). Poprzez jakiś niesamowity zbieg okoliczności, po łańcuszku bioenergoterapeutów, szeptuch i homeopatów trafiam do matki chłopca z MPD, która pożycza mi kolejne książki i pokazuje co robi na własną rękę z synem.

Flash - jestem pod wielkim wrażeniem jej silnych dłoni i ramion kiedy pokazuje mi ćwiczenia, elementy masażu. Dzięki niej poznaję teorię Domana i rodzi się we mnie myśl, że byłaby to może nasza droga...

Wydzwaniam na numery z książki ale są nieaktualne, jakaś wielkoduszna pani z biura numerów pomaga mi znaleźć aktualny (dalszy ciąg łańcuszka dobrych serc), nawiązuję kontakt z toruńską Fundacją "Daj Szansę" pracującą elementami metody Domana i umawiam się na pierwsze spotkanie. Fartownie - zjazd jest za miesiąc, kolejny może i za pół roku. Jedziemy bez Agi, spędzamy trzy dni na wykładach i uczestniczymy po raz  pierwszy w nocnych rozmowach rodziców takich jak my - dzieci z którymi dzieje się niedobrze, a większość już wie, że jest dramat na całe życie. My wciąż przy nadziei ale już czujemy przez majtki, że to nie takie proste - byle kopniak nie załatwi sprawy. Jesteśmy też po wizycie u genetyka, który podejrzewa zespół Pradera - Willego ale nie chce mi powiedzieć co to za franca.

Flash - "jeden z moich pacjentów z tym zespołem zdał NAWET maturę" - słowa, których nie zapomnę do końca życia, a które wtedy pogrążyły wszystkie moje marzenia. Będę miała, mam! niepełnosprawne dziecko, ona nigdy nie będzie normalna, nie będzie miała normalnego życia - chłopaka, męża, nigdy nie będę babcią (za kilka lat oddałabym życie za taką diagnozę ale  w tamtej chwili runął mój, nasz świat).
Płakałam wtedy po raz drugi (pierwszy raz kiedy czułam że coś idzie nie tak jak powinno, Mała miała pewnie rok, była jakaś impreza, upiłam się na smutno i ryczałam do rana), całą drogę od lekarza (jaki on tam lekarz, diagnosta profesorek bez emocji) na przystanek autobusowy do domu. Tak, wtedy porządnie przepłakałam całą przyszłość Małej.

I cóż, wzięliśmy się do roboty, ostro. Za miesiąc pojechaliśmy na pierwszą wizytę do Torunia, dostaliśmy masakrycznie ciężki program rehabilitacyjny i zaczęliśmy walkę. Poszukałam wolontariuszy, przygotowałam własnymi ręcyma pomoce, przemeblowałam pokój Małej i jazda.
Wiara, nadzieja i miłość - tak bym nazwała te pierwsze 3 lata pracy.
Jeździliśmy do Torunia co 3 miesiące, sprawdzić co się zmieniło, skorygować program, no i naładować baterie. Tak, po 3 miesiącach orki po kilka godzin dziennie musiałam naładować baterie - spotkać takich samych jak my a już znajomych i polubionych nieszczęśliwców, posłuchać ich problemów, rad, rozwiązań, napić się wspólnie wódki i ponarzekać na los ale przede wszystkim czekaliśmy na dyplomy. Dyplomy to była świętość, którą się oprawiało w ramki i wieszało jak trofeum na ścianie. Dyplom obiektywnie świadczył o postępach rozwojowych, był ważny dla nas rodziców ale i dla wolontariuszy. Skoro podczas codziennej pracy nie było spektakularnych efektów (oczywiście były ale te trudniejsze do wychwycenia i zarejestrowania bo w sferze intelektualnej, w ruchowej też ale mało spektakularne) taki dowód w postaci dyplomu miał swoją wagę. Chyba. Tak ja to widzę, nie wiem jak wolontariusze...

Flash - dzień jak codzień, jedna sesja od 9 rano do 11 - 11.30, dwoje wolontariuszy dzwoni do drzwi. My już pojedzone, przygotowane do ćwiczeń, czytaj: matka z córką ubrane, gotowe ale też chałupa ogarnięta żeby nie było wstydu, tak? O 12 dzwoni do drzwi śp. babcia Renia, która zabierze swoją ulubioną (jedyną) wnusię na spacer. Wracają na zupę o 14 z kawałkiem. O 15 przychodzi nauczycielka na półtorej godziny zajęć według programu rozwoju intelektualnego według zaleceń Torunia. O 16. 30 trzeba zjeść drugie danie bo o 17 zapuka znowu dwoje wolontariuszy na popołudniową sesję ćwiczeń. Kończymy o 19. Kolacja, kąpiel, sen. Matka siada do przygotowania pomocy na następny dzień, wypisuje (ręcznie flamastrem - takie czasy) plansze do czytania globalnego (przerobiliśmy około 4000 słów plus zdania i książeczki) i takie tam.
Gdzieś w okolicy piątego roku tej orki matka słysząc dzwonek do drzwi siada na zydelku w przedpokoju i twierdzi, że zaraz będzie rzygać.
Przez 5 lat krócej lub dłużej uczestniczyło w naszej walce ponad 130 wolontariuszy, którzy poświęcali nam czas bardzo regularnie, inaczej nie trzymałoby się to wszystko kupy.

Diagnoza - Mała ma 4 lata. W Toruniu neurolożka sugeruje zespół Retta, daje nam kontakt do Bętkowskiego do CZD. Umawiamy się na wizytę, dostajemy suchą diagnozę kliniczną oraz odbity na ksero artykuł o zespole Retta autorstwa tegoż specjalisty, który mógł przyprawić o zawał - zgodny z ówczesną wiedzą na temat tego schorzenia, jednakowoż prognozujący dramat, masakrę i pożogę.

Flash - po tej wizycie płakałam po raz trzeci i ostatni. Owszem, ostatnio zdarza mi się płakać z różnych powodów dotyczących Małej ale nigdy więcej nie opłakiwałam naszego złego losu. 

Kolejny okres to przygotowanie do rozpoczęcia edukacji, mimo wszystko chyba najgorszy. Z perspektywy czasu uważam czas przededukacyjny  za w pewnym sensie najbardziej szczęśliwy i beztroski (no oprócz pierwszych miesięcy życia), albowiem wtedy była owa wiara i nadzieja i nie było problemu ze światem zewnętrznym - wszystko zależało ode mnie. To ja decydowałam o naszym życiu - co robimy, czego się uczymy, co ćwiczymy. Wszystko kręciło się wokół Małej. Nasz świat był pełen normalności, którą sobie wypracowaliśmy - komunikacja, rozumienie potrzeb ale i ograniczeń. W naszym świecie nikt nie pytał - co ona rozumie, co ona umie, ile będzie żyła. W naszym świecie ta dziewczynka była co prawda specyficzna, wymagała nieco fizycznego wysiłku ale była... hmm... normalna?
Wejście pod obowiązkowe skrzydła oświaty jest bolesne. Trzeba udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Że dziecko, które nie mówi i nie używa rąk rozumie, myśli, ma mnóstwo wiadomości i nie jest głęboko upośledzone. Toczy się boje, walki na śmierć i życie (to jest autentyczna wojna!), szuka miejsca gdzie to co wspomniane powyżej będzie respektowane. Gdzie dziecko nie tylko skorzysta z systemu edukacji ale jeszcze będzie szczęśliwe. W końcu ma tylko to jedno, właśnie to jedno zakichane życie, jedną jedyną szansę na bycie w miarę szczęśliwym.

Zaczynając pisać tę notkę miałam dobry plan - opisać w skrócie (ha! dobre sobie!) etapy jakie obie przeszłyśmy. 15 lat podzielone na zwarte okresy.I z puentą miało być. A mianowicie, że wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Wszystkie boje, walki, mordercze zmagania mają kres. Że przychodzi taki czas, że życie zwalnia, staje się w miarę stabilne, spokojne (o ile to możliwe), że człowiek przestaje pomstować na zły los, na rettmonstera i zaczyna dostrzegać wreszcie jakieś blaski w tej łzawej historyjce. Że poprzez to że się godzi z tym złym losem, przyjmuje go z pokorą, po prostu przestaje walczyć z tym pieprzonym wiatrakiem, zaczyna rozumieć, że ta walka toczy się właściwie głównie w jego głowie. Nie da się jej zmienić. NIE DA SIĘ. Dlatego trzeba poświęcić całą swoją uwagę i energię na MIŁOŚĆ. Na miłość, tą trzecią wartość przewodnią, nie zapominając wszak o wierze i nadziei.
Wszyscy powiecie mi teraz - matka, nie pierdziel! Miłości w nas ogromny dostatek! No ja wiem, dostatek, tylko trzeba ją odpowiednio ukierunkować - nie na karkołomne terapie, nie na łapanie pińciuset srok za ogon (czytaj: powielanie zajęć w różnych miejscach z różnymi specjalistami). Dajmy sobie czas po prostu na to kochanie:)

Okres obecny - zajmujący, interesujący, szczęśliwy czas w szkole. W domu czeka matka i ojciec, którzy już szczęśliwie nie mają napięcia na jakieś karkołomne sztuczki. W domu jest ściskańsko, przytulańsko, rozmowy, wspólne gotowanie, rowerowe wycieczki, czytanie książek i oczywiście kolorowi popaprańcy, bez których szczęście nie byłoby pełne:)
A żeby uczciwie dopełnić obrazka muszę wspomnieć, że wciąż zmagamy się z atakami (od półtora miesiąca bez - tfu,tfu), zaparciami (lato wurwa, jakiś przeklęty kompletnie czas) i bólami brzucha - dojrzewanie...

Chciałam skrótowo - nie wyszło:) I tak bardzo się starałam, bo o mojej piętnastoletniej córce mogłabym rozprawiać godzinami.... :)


29 komentarzy :

  1. szacun, moa, szacun wielki.
    dla Agi - wszystkiego możliwie najlepszego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla Agi - szczescia i zdrowia z okazji urodzin :) A Tobie wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki - bo urodziny Agi, to jest prawdziwy dzien Matki :))
    Czytam Cię MoA prawie od początku, chociaz rzadko komentuje... I caly czas uwazam, ze Aga jest najwieksza szczesciara z takimi rodzicami. Jestescie Wielcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamyczku, dzięki:)
      Za to rodzicielstwo zapłaciliśmy bardzo dużą cenę.

      Usuń
  3. Przepiękny tekst... Ja dopiero na początku rett-drogi, mam poczucie wiecznej walki i szarpaniny... Ale tak niesamowicie dużo dają pani słowa. Bo jakkolwiek banalnie to brzmi, to nie ma większej mocy i większego sensu niż miłość... Dziękuję, za wszystko.
    Agata, mama Blanki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj:) Dziękuję za miłe słowa:) Śledzę Waszą rett-drogę i bardzo Wam kibicuję.

      Usuń
    2. ps. bardzo proszę mi nie paniować bo się staro czuję a jestem w takim nomen omen okresie życia, że jestem w temacie wieku odrobinę drażliwa;))))))))))

      Usuń
  4. Tekst Piękny tak jak mówi Agata...
    My jeszcze bardziej na poczatku drogi... Melisska ma 3 lata
    Ale ja już od jakiegoś pół roku nie szarpię się nie miotam, daję suple i trzymam się Dr. Greena bo widzę że to Myszy dobrze robi. Rehabilitujemy codziennie ale góra 45 minut. A całą resztę olałam to i tak nic nie da.... Kocham ja taką jaka jest nie chcę jej na siłę zmieniać jeśli uda isę coś naprawić to świetnie a jeśli nie to trudno dla mnie jest normalna. Skupiam się na miłości tuleniu oglądaniu razem EskiTV bo uwielbia muzykę i pozwalam na wygłupy starszej siostry chociaż to czasem jakieś dziwne tarmoszenie ale co tam ważne że się śmieją razem :P

    100 lat z okazji 15 urodzin!!

    Mama Melissy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj:) Małgosiu, nie myśl że "to i tak nic nie da". Wszystko coś tam daje.
      Ja dziś wiem, że w przypadku zespołu Retta tak ciężka rehabilitacja była lekką przesadą ale po pierwsze wtedy jeszcze przez pierwsze 2 - 2,5 roku tej orki nie wiedziałam, że to RS, po drugie potem jak przeczytałam ten artykuł to zanegowałam 3/4 i robiłam swoje, po trzecie dziś jestem bogatsza w doświadczenia.
      Niczego jednak nie żałuję. Uważam taką domową metodę za najlepszą z możliwych bo nie pętałam się po żadnych gabinetach, nie traciłam czasu i energii na dojazdy, nikomu się nie kłaniałam i o nic nie prosiłam. Byłam szefem tego wariatkowa. Teraz widzę jak moi podopieczni z Poradni latają po całym mieście, dzieci są wyczerpane i stają okoniem - nie chcą pracować, mają w dupie taki interes, że muszą się dostosować do wymagań często kilkunastu różnych specjalistów. A chodzą do dwóch, trzech logopedów, tyle samo rehabilitacji a do tego jeszcze zajęcia u mnie. To jest horror i czynienie piekła z życia dziecka.

      No i jeszcze najważniejsze - nie do przecenienia jest ilość informacji, wrażeń, stymulacji jaką dostała Mała w tamtym czasie. Ona miała łeb jak sklep!:) I życie było jakże interesujące! My podawaliśmy jej codziennie cały świat na talerzu - smaki, zapachy, kolory, dźwięki, obrazki - wyprawialiśmy dla niej niestworzone rzeczy. Każdy dzień to była impreza - ze śpiewaniem, fetą i aplauzem po każdym najmniejszym ćwiczeniu, żartami, śmiechem. Był też i płacz bo dziewczyna też się buntowała. Ale mnóstwo się działo i jeśli pomyśleć, że ona sama nie może i nie potrafi zrobić nic...

      Pięknie piszesz Małgosiu o swojej akceptacji i miłości:) Matka ma być głównie od kochania i przytulania. Minusem naszej orki było to, że matka musiała być też katem niestety.
      Znowu się rozpisałam:)

      Usuń
  5. Masz rację Gonia, źle się wysłowiłam, bo to raczej takie wzloty i upadki niż regularna wojna... :) ja robię podobnie, reh, leki, wszystko, ale przede wszystkim życie... Bo jest tu i teraz. I tylko jedno. I codziennie dziękuję losowi nie tylko za Małą, ale i za moje wszystkie rettSiostry :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - siła w RettSiostrach:)
      Witam Was, rozgośćcie się:) Czipsy? Cola?;)

      Usuń
  6. Zatkało mię z lekka.
    Ale trza nos i oczy obetrzeć - i jechać z koksem.
    Najsampierw uściski dla Panny Agnieszki - proszę uprzejmie przekazać, wycałować, wytulać od netowej podglądaczki!

    Czytam Cię od zawsze chyba.
    Szacunek, podziw - brak mi słów.
    Idziesz niesamowitą drogą.
    Rozwaliło mnie to, że doszłaś do CAŁKOWITEJ akceptacji tej sytuacji...
    Kurka siwa, nie umiem się wysłowić, ale mam nadzieję,że mnie rozumiesz.
    Znaczy że umiesz niczego nie oczekiwać i niczego nie żałować.
    Kochać tu i teraz.

    Bardzo ważne są dla mnie wszystkie Twoje informacje o pełnym kontakcie z osobami, które ludzie najchętniej uznaliby za głęboko upośledzone. Dla mnie to masakra dla człowieka - być umysłowo pełnosprawnym, a traktowanym jak upośledzony.
    Trochę mi to koreluje z zespołem zamknięcia.

    Napisałaś, że za rodzicielstwo zapłaciliście ogromną cenę.
    Te słowa robią wrażenie.

    Jesteś mi bardzo bliska.
    I chciałabym Ciebie i Agę kiedyś poznać.
    Może się da?
    Kiedyś - ?

    Coli nie pijam, czipsów nie jadam.
    Mogę kawałek ciasta???
    :***

    I sorry za elaborat.
    Normalnie musiałam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doro - częstuj się:)
      Chciałabym, żeby kiedyś udało nam się poznać:) mam wrażenie, że wspaniale by mi się z Tobą gadało:*

      Usuń
    2. Też tak myślę:)
      O gadaniu wspólnym znaczy.
      Rzadko bo rzadko, ale w okolicach stolycy bywam.
      Raz na... 4 lata? Chyba coś koło tego.
      Jakby się zdarzyło dam znać via mail, ok?
      I może się uda pogawędzić:)))

      P.S. Panna od mię wyściskana???

      Usuń
    3. Daj znać koniecznie:)
      Panna jeszcze nie wyściskana bo niestety dzisiaj cierpi - wróciła ze szkoły z bólem brzucha i tak już 2 i pół godziny kombinujemy co tu jeszcze wziąć na ten ból bo nie chce odpuścić...

      Usuń
    4. Co za gadzina (ten ból), że nawet w urodziny odpuścić nie raczy...

      Usuń
  7. W zasadzie wszystko już przedpiszący zawarli:) I ja dołączam się do życzeń urodzinowych i jestem pełna podziwu za organizację tych 130 wolontariuszy (u nas było może z 10;)) Też bym chciała osiągnąć etap pełnej akceptacji, ale jakoś...nie umiem;/ ciągle się burzę, walczę (ze swoją głową, nie z dzieckiem), ale przynajmniej nie zawalam Młodej pierdyliardem zajęć:) Buziaki oraz słowa nadziei na spotkanie, bo wydajecie mi się niezwykle interesujące:)
    p.s pana od kucyków i wodogłowia serdecznie pozdrawiam;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki Kolorku:) musimy kiedyś spotkanie zorganizować, koniecznie:)

      Usuń
  8. Nie mam nic do dodania, poza tym, że jesteś też nauczycielką miłości do własnego dziecka. Chapeau bas!

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Niech nauka szybko znajdzie cudowny lek, a ja w cuda wierzę, więc nie jest to życzenie ot takie sobie.

    Co do pisania godzinami o Małej... No, przecież po to tu jesteśmy, z własnej woli, żeby o niej czytać :) Nikt nas tu siłą nie trzyma :) A to już lata całe... .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Eva:) blog to fajne miejsce bo tu przychodzi tylko ten kto ma na to ochotę. w realnym życiu muszę panować nad sobą bo ludzie zaczynają uciekać;)

      Usuń
  10. dla Agnieszki moc uścisków, dla Ciebie szacun za całokształt.
    I nic więcej nie napisze chwilowo bo mnie w gardle ściska a w oczach słono po twoim wpisie. Trzymajcie się dziewczyny z całych sił!:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszek, za uściski dziękuję w imieniu Małej, szacun za całokształt oddaję kłaniając się Tobie w pas!
      :*

      Usuń
  11. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Moa dla Was i Małej:*
    Pięknie napisałaś...

    OdpowiedzUsuń
  12. Wszystkiego dobrego dla Agnieszki.
    Moja siostra to też Agnieszka- i nie cierpi jak się do niej mówi Aga ;-)
    Też przeczytałam to co napisałaś z uwagą.
    Powoli dochodzę do tych samych wniosków. I do tego też, że każdy to szarpanie z rehabilitacją i szukaniem tysiąca terpii musi przerobić, żeby dojść poziom wyżej,
    Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Trzeba wszystkiego spróbować żeby kiedyś sobie nie zarzucić, że czegoś się nie zrobiło. I poziomów też nie da się przeskoczyć.
      Pozdrawiamy:)

      Usuń
  13. Wszystkiego dobrego dla Was i Agnieszki :) Moa, to piękno, które zobaczyłam przed chwilą na zdjęciu zrobionym w parku, to nie tylko zewnętrzne piękno - największe piękno i dobro jest w Tobie :)

    OdpowiedzUsuń